|
Krajem nieba
KRZYSZTOF NAWROCKI
"Lecz gdy nadeszło wypełnienie czasu, zesłał Bóg Syna swego, który się narodził
z niewiasty i podlegał zakonowi, aby wykupił tych, którzy byli pod
zakonem, abyśmy usynowienia dostąpili" - Gal. 4:4-5 (BW).
Nadchodząca szybkimi krokami zima i nadzieja
następującej po niej wiosny niewątpliwie skłaniają
do refleksji i kojarzą się nam z okresem Świąt,
Nowego Roku oraz wielkiego, zadziwiającego przełomu,
jaki każdorocznie dokonuje się na naszych
oczach w świecie przyrody. Dziś jednak nie będziemy
mówić o wspaniałym zegarze natury, tak precyzyjnie
zaprogramowanym przez Wielkiego i godnego
wiecznej chwały Projektanta, a raczej o naszych
ludzkich umowach i ustaleniach. Jedną z takich
właśnie umów są tzw. "Święta Bożego Narodzenia"
obchodzone 25 grudnia.
Jest zastanawiające, że pomimo ogromnej doniosłości
i znaczenia faktu pojawienia się na ziemi
Zbawiciela, Biblia nie wspomina nigdzie o tym, by
w jakiś szczególny sposób wyróżniać i świętować
dzień Jego narodzin, kładąc bardziej zdecydowany
nacisk na upamiętnienie Jego śmierci i zmartwychwstania.
Jako ci, którzy w Chrystusie otrzymali tak
wielki dar, czujemy, że każdodziennie powinniśmy
okazywać wdzięczność naszemu Ojcu za to, że przed
założeniem świata przewidział "baranka niewinnego
i nieskalanego" z myślą o naszym wybawieniu. Nie
powinno być w naszym życiu dnia, gdy zapominamy
o wielkiej łasce, jakiej dostąpiliśmy w Jezusie
Chrystusie, a nasza wdzięczność dla Boga powinna
być każdego dnia niezmiennie wielka. Dość trudno
- choć np. biblijne "Święto Szałasów" może nam
nasuwać pewne analogie1 - dostrzec na kartach
Bożego Słowa ustanowienie jakiegoś szczególnego
święta, które miałoby podkreślać i upamiętniać sam
fakt Pańskich narodzin.
Czasem mówimy, że uczuciowo w pewien sposób
dołączamy się do ogólnochrześcijańskiego nurtu
obchodzenia grudniowych świąt. Podobnie jak inni
chrześcijanie dajemy sobie w tym czasie prezenty,
staramy się być mili dla innych i może rzeczywiście
więcej w tym czasie myślimy o postaci Jezusa z Nazaretu,
choć wiemy, że data jakby chybiona, a żłóbek
z siankiem i stajenka, to już dawno nie jest miejsce
dla Tego, któremu została dana "wszelka moc na niebie
i na ziemi". Wszechobecna dziś machina komercji
sprawia, że "Święta" w hipermarketach zaczynają się
tuż po 1 listopada (bo dotąd królowały w nich znicze
i chryzantemy "made in China") i nikt już nawet nie
próbuje ukrywać, że to czas, kiedy handlowanie idzie
najlepiej, bo ludzie wpadają w zakupowy amok: "Co
tam debet, idą Święta, przecież trzeba kupić". Czas
"wielkiego przebudzenia" i spłacania kredytów przychodzi
dopiero po Nowym Roku...
Z całą pewnością z wielu ludzi z naszego otoczenia
w tym szczególnym czasie "uwalniają się" jakieś
skrywane i zapomniane w codziennej pogoni za
wiatrem "pokłady dobra", które sprawiają, że przynajmniej
od ludzkiego oka starają się oni wykrzesać
z siebie uśmiech, dobre słowo i życzliwość - czyli na
dziś "towary" wielce deficytowe. W wielu firmach
odbywają się przedświąteczne spotkania, w czasie
których zdają się blednąć codzienne niesnaski,
ukryte "podgryzanie" i otwarta wrogość, by powrócić
zaraz po Nowym Roku, gdy wszystko zacznie
być już tak... "normalnie". Nie można nie doceniać
tych świątecznych przemian (szkoda jednak, że tak
krótkotrwałych) dokonujących się w ludziach, które
często znajdują swoje artystyczne odbicie w takich
dziedzinach twórczości jak książka czy film - któż
z nas nie słyszał o wzruszającej "Opowieści wigilijnej"
Karola Dickensa. Kto wie, może obserwowanie
tej zdolności do uruchamiania się w ludziach specyficznego
"mechanizmu dobra" jest nawet elementem,
który w jakiś sposób podbudowuje naszą wiarę
w człowieka oraz w możliwość i realność przemiany
ludzkich serc w czasie "naprawienia wszystkich rzeczy"?
Bo przecież otaczający nas ludzie w zdecydowanej
większości nie są z gruntu źli, a może nawet
czasem są lepsi niż my sami... Każdy powód jest
dobry, by wydobyć z siebie chęć i potrzebę zmiany
na lepsze - może więc przyda się i nam taka cicha
refleksja nad sobą samym.
Często jednak zastanawiam się, czy dobrą rzeczą
jest bezrefleksyjne "przygłaskiwanie" zjawiska grudniowego
świętowania we wszystkich jego aspektach
i wymiarach. Zadaję sobie pytania, do czego
tak naprawdę się przyłączam, i czy nie byłoby lepiej
pozostać jednak z boku wraz ze swoim codziennym
uczuciem wdzięczności za Zbawiciela i plan zbawienia,
jednocześnie w pewien sposób dystansując się
od czegoś, co chyba dawno już przestało mieć wymiar nabożności i zatraciło religijny charakter, stając
się raczej pewnego rodzaju "świecką tradycją" ukutą
przez naszą zachodnią cywilizację. No może nie do
końca "świecką", bo pewnie dla wielu z nas nie będzie
zaskoczeniem, że owszem, grudniowe święta mają
swą bardzo religijną podbudowę. Religijną, tyle że
niestety nie za bardzo chrześcijańską i biblijną...
Dla nikogo nie jest dziś już chyba tajemnicą, że
data 25 grudnia jest dość mocno związana z kultami
pogańskimi, jak na przykład pochodzącym ze starożytnej
Persji kultem boga Słońca i światła - Mitry,
który jak wierzono, narodził się ze skały właśnie
w dniu 25 grudnia. Gdzieś u podstaw obrania tej
właśnie daty leżą również rzymskie "Saturnalia" obchodzone
w drugiej połowie grudnia - zwyczajowo
były one czasem radości, zabaw i... obdarowywania
się prezentami. W czasach późnego Cesarstwa Rzymskiego
zmieniono ich nazwę na "Brumalia" - czyli
święto zimowego przesilenia. Datę 25 grudnia wybrali
ówcześni chrześcijanie, aby "po swojemu" zastąpić obchodzone
w tym dniu rzymskie święto Sol Invictus
(niezwyciężonego Słońca).
Dość ciekawie genezę jednego z największych
obecnie świąt chrześcijańskiego świata opisuje Jan
Kwapisz w artykule pt. "Niezbędnik Świętego Mikołaja",
zamieszczonym w czasopiśmie "Mówią wieki" nr
12/2004. Oto fragment:
"Nie trzeba być antropologiem kultury, by doszukać
się analogii do dzisiejszych obchodów świąt Bożego
Narodzenia, a także włoskiego karnawału. Najwyraźniej
Europejczyk nie potrafi się obyć bez Saturnaliów. Nie
zmieniła tego nawet ostra cezura chrześcijaństwa, która
raz na zawsze odcięła świat istniejący "przed naszą erą".
W ocaleniu cząstki pogańskiej tradycji pomógł szczęśliwy
zbieg okoliczności, podobnie jak w przypadku wielu starożytnych
dzieł literackich, które uniknęły zapomnienia
mimo rewolucyjnej zmiany światopoglądu czytelników.
Wobec milczenia Ewangelistów na temat daty narodzin
Boga, należało znaleźć w kalendarzu symboliczne
miejsce dla jednego z dwóch najradośniejszych świąt
chrześcijańskich. Grudniowym uroczystościom, z których
niełatwo było zrezygnować, nadano nową etykietę
i głęboki sens".
No cóż.... Na wiele sposobów można tłumaczyć
(a może nawet próbować usprawiedliwiać) decyzję
kościelnych hierarchów z IV wieku, którzy 25. grudnia
nakazali świętować jako dzień narodzenia Jezusa. To
zresztą nie jedyny przykład dość specyficznego wykorzystania
istniejącego na długo przed pojawieniem
się chrześcijaństwa systemu wierzeń i nadania mu
nowego, "chrześcijańskiego" wymiaru. Zadajmy sobie
jednak pytanie, czy taka dyfuzja światopoglądów
i kultur to słuszny i dobry kierunek, czy też zwykła
polityka i pójście po linii najmniejszego oporu, by
przypadkiem nie uczynić sobie wroga w poganinie
mocno przywiązanym do praktykowania swych odwiecznych
obyczajów?
Generalnie dość nie po drodze mi z poglądami
XVII-wiecznych angielskich purytan, którzy odkrywszy
pogańskie pochodzenie "Bożego Narodzenia"
całkowicie zabronili jego obchodzenia, prawnie
nakazując w tym czasie wykonywanie normalnych,
codziennych zajęć. Może dziś są oni postrzegani jako
religijni fanatycy i burzyciele odwiecznych, usankcjonowanych
już w tradycji, obyczajów, a przymiotnik
"purytański" raczej nikomu nie kojarzy się dobrze.
Gdy jednak podejmujemy próbę uczciwego zmierzenia
się z analizą tej sytuacji, czy nie stwierdzamy, że
jest coś "na rzeczy" i czy nie dochodzimy do wniosku,
że to twarde, "ortodoksyjne" stanowisko purytan miało
jednak swe podstawy?
Uważam, że każdy wolny od pracy czas powinniśmy
chętnie poświęcać na pochylenie się nad Bożym
Słowem, budowanie swojej wiary i społeczności ze
współbraćmi w wierze - dlatego bez najmniejszego
oporu idę również w ten dzień do zboru, by wspólnie
radować się Słowem i czerpać duchową siłę. Chciałbym
jednak pamiętać o żarzącej się gdzieś w mojej
głowie małej czerwonej lampce, która ostrzega przed
pełną i całkowicie bezkrytyczną integracją ze wszystkim,
co mnie otacza i przed "płynięciem z prądem"
poprawności, której być może oczekiwałby od nas
świat. Choć może z pozoru, po wierzchu wydawać
się to wszystko dobre, szczere, pełne ciepła, a może
i nawet "jakoś" biblijnie uzasadnione...
Bo dziś nikt już pewnie nie pamięta o czczeniu
jakiegoś Mitry, Saturnaliach, święcie Sol Invictus
i innych nazwijmy to "dość mało chrześcijańskich"
obrzędach, ale mimo to bądźmy ostrożni, tak po prostu...
Nawet jeśli ceną będzie to, że ktoś zechce uznać
nas za dziwaka, który nie potrafi się "dopasować"
i psuje świąteczny nastrój swymi obiekcjami. Nawet
jeśli ktoś chciałby popatrzeć na dawne przedchrześcijańskie
kulty i obyczaje próbując dostrzec w nich
dalekie echa i ślady objawień samego Boga danych
pierwszym ludziom, mimo to bądźmy ostrożni.
Jako całkiem jeszcze nie tak niedawny wyznawca
najbardziej licznej w naszym kraju społeczności religijnej,
takie obiekcje mam i wydaje mi się, że mam
prawo je mieć. I nie mówię tu o tym wszystkim po
to, by kogoś urazić czy zaniepokoić - chciałbym jednak,
byśmy w duchu braterskiej szczerości i miłości
wspólnie poszukiwali Prawdy i chodzili ścieżkami,
którymi chciałby prowadzić nas nasz Ojciec. Czy
są to obiekcje słuszne i uzasadnione, czy też jest to
jedynie dowód religijnego fundamentalizmu, pozostawiam
ocenie Czytelnika.
Oczywiście musimy pamiętać i o tym, że można
i trzeba z naszymi bliskimi i rodzinami na trudne
tematy naszej "inności" rozmawiać w taki sposób, by
nie ranić ich uczuć i nie deptać przy okazji tego, co jest
dla nich ważne i wartościowe, a może nawet w pewien
sposób święte. Bo nie na tym polega moc Ewangelii, by deptać i niszczyć, ale by potrafić budować. Powinniśmy
więc w duchu miłości i pokoju wskazywać na piękno
Bożej i Chrystusowej nauki, wskazywać nie tylko słowami,
ale także poprzez swój styl życia i konsekwentne
tej nauki stosowanie. Jest to może dobry temat na jakieś
osobne rozważanie, bo pamiętać musimy, że przez
nasz brak roztropności, taktu czy zwykłego "dobrego
wychowania" można wyrządzić czasem wiele szkód,
których nie sposób potem naprawić. Wtedy najpiękniejsze
nawet słowa o pięknie "Ewangelii Królestwa"
znaczą tak dziwnie niewiele...
Jeśli chcielibyśmy w tym grudniowym, specyficznym
dla chrześcijańskiego świata czasie poszukać
jakiegoś ważnego biblijnego wydarzenia, które należałoby
upamiętnić, nie będzie to z całą pewnością
fakt narodzenia Jezusa. Można natomiast próbować
udowodnić, że właśnie na ten mniej więcej czas
przypadało spotkanie anioła Gabriela z Marią
nazywane często "zwiastowaniem". To wydarzenie
nie było dla Marii czymś zwykłym i naturalnym
- już sama treść pozdrowienia anioła była dla niej
powodem do poważnego zastanowienia, a nawet
trwogi (Łuk. 1:28,29). Jeszcze większego zdumienia
Marii można się spodziewać, gdy anioł Gabriel mówi
o tak ważnych z punktu widzenia realizacji Bożego
planu sprawach jak: perspektywie narodzenia "Syna
Najwyższego" i Jego królowaniu na tronie Dawida.
Właśnie około tego czasu zimowego przesilenia, gdy
światło zaczyna zwyciężać nad ciemnością, mogły
paść z ust Marii tak ważne i znane chyba wszystkim
chrześcijanom słowa: "Oto ja służebnica Pańska, niech
mi się stanie według słowa twego" - Łuk. 1:38 (BW).
Można przypuszczać, że w wyborze terminu tego
tak niezmiernie ważnego dla całego wszechświata
wydarzenia, Pana Boga jak zawsze, cechowało zaplanowane
i precyzyjne działanie... Bo czyż zapowiedź
przyjścia na świat Zbawiciela nie była zwycięstwem
promienia Bożego światła nad ciemnością mocy
grzechu i zła? Zapewne nie przypadkiem tak wiele
miejsc Bożego Słowa nazywa naszego Pana "światłością"
- również sam Jezus mówi o sobie, że jest
"światłością świata" (Jan 8:12).
Czy zastanawialiśmy się kiedyś, co mogła dla Marii
oznaczać owa deklaracja: "Niech mi się stanie według
słowa twego"? Czyż nie był to wspaniały akt wiary
i posłuszeństwa swemu Bogu, a przy tym dowód
wielkiej odwagi tej prostej galilejskiej dziewczyny?
Maria stawia aniołowi w tej bardzo niecodziennej i
zaskakującej sytuacji jedno, jedyne pytanie: "Jak się to
stanie, skoro nie znam męża?" - Łuk. 1:34 (BW). Mimo
wielu myśli, jakie zapewne przebiegły jej wtedy przez
umysł, jej serce było pełne pokoju, bo wiedziała, że ta
sprawa daleko wykracza poza ludzkie kompetencje.
Dziś może wielu chciałoby powiedzieć: "To się przecież
zdarza, tak już jest, że czasem dziecko rodzi się
przed ślubem - nic zatem niezwykłego i żadne ryzyko,
bo zawsze przecież 'jakoś tam' się poukłada, gdzie tu
więc miejsce na odwagę?". Dla Marii jednak słowa:
"Niech mi się stanie według słowa twego" wcale nie
oznaczały "jakoś tam się poukłada" - mogły oznaczać
ni mniej ni więcej jak sprawiedliwy w świetle
Prawa Zakonu wyrok śmierci za wszeteczeństwo
(5 Mojż. 22:20-24) - i to raczej bez możliwości nadzwyczajnego
złagodzenia kary, bo patrząc z ludzkiej
perspektywy ta sprawa wyglądała dość ewidentnie.
Czy mając taką świadomość potrafilibyśmy podobnie
się zachować na jej miejscu?
Przy okazji nie świętowanej szczególnie hucznie
rocznicy "zwiastowania" warto pamiętać o tym, jak
wyjątkową postacią była Maria, warto chcieć i potrafić
uczyć się od niej pokory wobec Bożych postanowień
i gotowości wypełnienia Jego woli wbrew własnym
obawom i słabościom. Warto choć czasem pochylić
się także nad postacią ziemskiej matki Zbawiciela
- nie ma żadnego powodu, by nie zauważać faktu
jej bliskich relacji z Panem Bogiem, jej szlachetności
i prawości, które możemy nie tylko podziwiać, ale
także naśladować.
Czas spotkania Marii z aniołem Gabrielem był równocześnie
niezwykle ważnym momentem dla jednej
z najzacniejszych istot ówczesnego duchowego świata
- Logosa, Jednorodzonego Syna Boga, który nazwany
jest przez apostoła "pierworodnym wszystkich rzeczy
stworzonych" (Kol. 1:15). To stwierdzenie przesuwa
powołanie do życia istoty Logosa na przeszłość dla
nas ludzi niewyobrażalnie wprost odległą.
Moment, w którym anioł Gabriel zostaje posłany
do Nazaretu do Marii, był jednocześnie czasem,
w którym Logos miał opuścić chwałę i splendor
nieba, po to by Jego życie mogło zostać mocą Bożą
przeniesione do łona Marii, matki Jezusa. Jezus
odnosząc się do swego wcześniejszego, duchowego
istnienia mówi do zbulwersowanych tym stwierdzeniem
Żydów: "Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam:
Pierwej niż Abraham był, jam jest" - Jan 8:58 (BG).
Może dość rzadko zastanawiamy się nad tym, co dla
tak potężnej duchowej istoty, której funkcjonowanie,
moc i zdolności intelektualne tak bardzo różnią się
od ludzkich, oznaczało to wydarzenie i jak wielkim
było to wyrzeczeniem i ograniczeniem. Było to, używając
języka Biblii, "wyniszczenie samego siebie". Tak
tę niecodzienną we wszechświecie sytuację opisuje
apostoł Paweł, gdy wspomina plan zbawienia, który
miał się dokonać w Panu Jezusie Chrystusie: "Który,
będąc w kształcie Bożym, nie poczytał sobie tego za
drapiestwo równym być Bogu, ale wyniszczył samego
siebie, przyjąwszy kształt niewolnika, stawszy się podobny
ludziom; I postawą znaleziony jako człowiek,
sam się poniżył, będąc posłusznym aż do śmierci, a to
śmierci krzyżowej" - Filip. 2:6-8 (BG). Dobrze pamiętać
o tym, gdy w grudniowe dni pochylamy się nad
Słowem, szukając w nim nie tylko wiedzy, ale także sił do zmagań z codziennością, inspiracji do działania
i Bożego pokoju.
Zbliża się czas wejścia w nowy 2010 rok - będąc
dzieckiem, uważałem tak odległą datę za zupełną
abstrakcję. Jednak dziś możemy już powiedzieć, że
doczekaliśmy nie tylko przełomu tysiącleci, ale żyjemy
nadal i z wdzięcznością stwierdzamy, że "aż dotąd
pomagał nam Pan" (1 Sam. 7:12). W naszych sercach
wiele jest wdzięczności i niezliczone powody do tego,
by przed Boży tron zanosić uwielbienie i chwałę.
Mimo wielu trudności, każdodziennie otrzymujemy
zapewnienia o Jego opiece i dowody Ojcowskiej miłości
do nas. Może nie codziennie w natłoku spraw
potrafimy to zauważać, nie codziennie też potrafimy
wykrzesać z siebie proste słowa: "Dziękuję, Panie".
Być może czasem wydaje nam się, że rzeczy, które
nas spotykają, nie są dla nas dobre, chcielibyśmy
może wszystko zrobić inaczej, szybciej i w naszym
przekonaniu również lepiej, skuteczniej... Pamiętajmy
jednak i bądźmy przekonani, że gdy prosimy
naszego Ojca o rybę, On nigdy nie poda nam węża
(Mat. 7:10), to tylko nasze mało bystre oczy czasem
postrzegają rzeczy inaczej, zbyt powierzchownie
i jakże mało przewidująco - może czasem wydaje
się nam, że Bóg myli się odpowiadając na nasze
modlitwy w taki, a nie inny sposób. Nasz Bóg nie
myli się nigdy i dając nam coś ma w tym swój cel,
którego może my zwyczajnie nie potrafimy dostrzec.
Możemy być pewni, że Pan Bóg jako nasz dobry
Ojciec chce naszego dobra, choć bywa tak, że długo
nie potrafimy poradzić sobie z tym, by pojąć cele
Bożego działania w naszym życiu. I tak już pewnie
będzie do samego końca, czyli aż do czasu, gdy poznamy
wszystko tak, jak sami jesteśmy przez Niego
poznani (1 Kor. 13:12).
Wiele mówiło się w minionym roku o światowym
kryzysie, międzynarodowych konfliktach, terroryzmie
i ginących w zamachach ludziach, widmie
pandemii grypy, niesprawiedliwym podziale dóbr
i, paradoksalnie, ciągle rozszerzającej się "strefie głodu"
w krajach rozwijających się. Musimy powiedzieć,
że ten zamierzony przez Boga czas doświadczania
przez ludzkość skutków grzechu i ponoszenia konsekwencji
ludzkich wyborów dokonywanych z pominięciem
Boga bywa i dla nas trudny. Również
i nas dotykają cierpienia i bywa tak, że jest nam
strasznie trudno odnaleźć się w świecie rządzonym
nie tylko twardymi prawami ekonomii, ale i ludzką
zawiścią, chciwością i tak powszechnym brakiem
szacunku dla drugiego człowieka. Bywa, że na wzór
Lota w Sodomie, cierpimy i "trapimy swoją duszę"
osaczeni przez panoszące się zło, a może czasem
wydaje nam się w przypływie zwątpienia, że pasmo
sukcesów "księcia tego świata" nigdy nie zostanie
ukrócone... Pamiętajmy jednak, że słowa naszej
modlitwy: "Przyjdź Królestwo Twoje" zostaną we
właściwym czasie wysłuchane a ci, w których idee
tego Królestwa przetrwają aż do końca, zostaną
nagrodzeni wiecznym życiem i radością, której
nie będzie końca. Dlatego, mimo że czasem jest
nam trudno i czas oczekiwania na Chrystusowe
Królestwo wydaje się nam ciągle odległy, czekajmy
cierpliwie, bo każdy rok przybliża nas do niego dając
nową nadzieję, że przecież w końcu każda łza
zostanie otarta, a pierwsze rzeczy przeminą, bo tak
zaplanował Wszechmocny Bóg, a Jego obietnice są
"pewne i prawdziwe" (Obj. 21:4,5).
Może czasem chcielibyśmy spytać: "Dokądże,
Panie?", może pragnęlibyśmy też jakoś przyspieszyć
Boże działania: spełnienie wszystkich proroctw, wyplenienie
zła z udręczonej ziemi... Musimy jednak
pamiętać o słowach Piotra apostoła, że "Pan nie zwleka
z dotrzymaniem obietnicy, chociaż niektórzy uważają,
że zwleka, lecz okazuje cierpliwość względem was, bo
nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz chce, aby wszyscy
przyszli do upamiętania" - 2 Piotra 3:9 (BW). Może
więc to, że sprawy ciągle zdają się toczyć jakby nie po
"Bożej myśli", powinniśmy uznać za wielką szansę dla
nas, by zmienić w naszym życiu to, co zmienić jeszcze
można? Bo istotą rzeczy nie jest przecież wierność
i trwanie przy Panu do któregoś umówionego roku,
ale aż do śmierci i to ona właśnie jest "grubą kreską"
podsumowującą nasze dokonania w tym życiu. Starajmy
się więc o to, by nasze powołanie i wybranie każdego
dnia czynić pewnym i każdego dnia zbliżać się
do Pana Boga i Jego Syna. Ufajmy też, że mijający rok
przybliżył nas do błogosławionego i wyczekiwanego
przez tak wielu ludzi czasu, gdy pustynia zakwitnie jak
róża, gdy chromy będzie skakał, a groźny lew będzie
pasł się razem z jagnięciem. Ufajmy też, że przybliża
się nasze odkupienie, bo "usta Pana Zastępów to powiedziały".
Amen.
powrót
do
góry
wersja do druku
|