|
Na spotkanie z Panem
Noc, zawierucha, dmie śniegiem coraz bardziej, wstaje, ubiera się po cichu, aby nie zbudzić
domowników. Wychodzi z domu, wszyscy pogrążeni we śnie - najlepsza pora do spania.
Odśnieża samochód, wsiada, ziąb przenika do szpiku kości. Modli się, aby szczęśliwie dojechać
do stacji w Radomsku. Na drodze zaspy, ślisko i straszno, ale w sercu żar miłości do Pana,
jedzie na spotkanie z Panem, którego umiłował ponad wszystko. W Radomsku wsiada do
pociągu, samochód zostawia na parkingu. Przyjeżdża do Katowic - budzi się dzień, pierwszy
po sabacie - na spotkanie z Panem. Przyjeżdża do Chorzowa, otwiera salę - jest pierwszy
- chociaż mieszka najdalej. Chwilę odpoczywa, czyta, rozmyśla - za niedługo będą się schodzić
bracia i siostry. Tutaj też w nocy padał śnieg. Trzeba odśnieżyć, kończy pracę, idą pierwsi
zborownicy. I tak rok po roku, niedziela za niedzielą, w słocie, zimnie, upale, bez szemrania
zdąża na spotkanie z Panem. Od pierwszego spotkania, gdy powiedział: "Idę, o Boże, aby
czynić wolę Twoją" - bez szemrania, z gorliwością wypełnia swoją służbę, czyniąc dobrze
wszystkim, a najwięcej Panu, Prawdzie i braciom, jak potrafił najlepiej. I tak przez 44 lata.
Właśnie przyszły lata, o których Biblia pisze: "Nie podobają mi się", zmęczenie, choroba.
Nogi bolą, bardzo bolą. Dlaczego tak szybko, Panie? To nic, "niech się dzieje wola
Twoja, Panie". To już ostatni raz, mówi jadąc na spotkanie z Panem na konwencji w Budziarzach. Potem jeszcze do
zboru w Chorzowie. Dopełnia służby - "dobrze sługo dobry i wierny, wnijdź do radości Pana twego", aby radość ze
spotkania była wiecznie trwająca.
pamięci br. Lucjana Kępy (R.H.)
powrót
do
góry
wersja do druku
|